lekcja_przetrwania

Idą wakacje. Poszukiwanie przygody, przypadek albo atrakcyjne promocje w biurach podróży rzucą nas pewnie w najprzeróżniejsze miejsca. Może być różnie, czasami ciężko. Na pewno inaczej niż w domu, gdzie wszystko jest pod ręką i w dobrze nam znanych miejscach. Ale przecież gdziekolwiek byśmy się nie znaleźli, zawsze będzie z nami wierny towarzysz – telefon. Może uratować nam skórę nawet, gdy braknie zasięgu. Jak? Za jego pomocą możemy rozpalić ogień. No, prawie.

Takie zastosowanie komórki sprawdzi pewnie niewiele osób, ale przyznać trzeba, że wygląda to ciekawie. Otóż na afiliowanym przy Discovery Channel blogu Survivorman znaleźć można instruktaż, jak rozpalić ogień za pomocą telefonu komórkowego. Zobaczmy, bo zapowiada się obiecująco:

Potrzebny jest zatem telefon (jest), trochę stalowej wełny, takiej jak do czyszczenia naczyń (zakładamy, że tego już każdy w kieszeni nie nosi, lepiej więc być przezornym) oraz – no właśnie – hubka albo inny łatwopalny materiał. Czyli jednak to ona, nie telefon, jest kluczowa dla całej operacji. Czyli jednak obyło by się i bez telefonu. Pewnie tak, ale przez chwilę się nie czepiajmy.

Z aparatu wyciągamy baterię, następnie lokalizujemy na niej plus i minus. Wełnę skręcamy w przewód (sznurek) i przykładamy dwoma końcami do biegunów akumulatora. Ostrożnie. Teraz już tylko w odpowiednio suchym miejscu kładziemy sobie hubkę (czy co tam mamy łatwopalnego), przykładamy do niej dymiący kabel i uważamy, żeby się nie sparzyć. Baterię też warto odsunąć od ognia, chyba że wręcz przeciwnie – zamierzamy małym fajerwerkiem uczcić, że nam się udało, dzięki czemu rytuał inicjacji i przeistoczenia się w prawdziwego surwiwalowca, człowieka lasu, mamy właśnie za sobą.

Źródło: http://gizmodo.com/
Więcej: Survivorman

Dziel się artykułem!

  • Facebook
  • Twitter
  • Google Plus